Transport na rampę
W opowiadaniu "Proszę państwa do gazu" obserwujemy przybycie transportu "Sosnowiec-Będzin" do obozu koncentracyjnego. Dla więźniów pracujących na rampie taki transport oznaczał możliwość przetrwania kilku kolejnych dni, ponieważ mogli przejąć rzeczy przybyłych.
Nadzór nad transportem sprawują niemieccy esesmani z psami, natomiast pracę fizyczną wykonują więźniowie z komanda Kanada. Ich zadaniem jest wyprowadzenie przybyłych z wagonów, odebranie im rzeczy i nakierowanie ich w odpowiednią stronę. W obozie panuje niepisane prawo – nikt nie mówi nowoprzybyłym, że idą na śmierć, co paradoksalnie uważa się za przejaw litości.
Ludzie wysiadający z transportu są zdezorientowani i przerażeni. Część z nich – niezdolni do pracy, kobiety z dziećmi – trafia od razu na ciężarówki jadące do komór gazowych. Pozostali kierowani są do obozu, gdzie będą pracować dla Niemców do momentu utraty sił.
Wstrząsający fakt: W opowiadaniu opisano scenę, gdy kobiety uciekały przed własnymi dziećmi, by nie trafić do gazu. Jedna z nich ostatecznie poświęciła się i przyznała do martwych niemowląt, idąc z nimi na śmierć.





